- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Wielkanocna

Fragment tekstu sprzed  lat i pewnie wiele osób zna go z książki. Za dwa dni Wielkanoc więc uznałem, że to dobry pretekst, przypomnieć Chatkę Wielkanocną. Wesołych Świąt!

 

Chatka Wielkanocna

Chatka Wielkanocna

W Śnieżnych Kotłach byłem wcześniej kilka razy. Widziałem ją, ale nigdy nie miałem okazji zajrzeć do środka. Chatka Wielkanocna stoi w lesie, kilkadziesiąt metrów od szlaku, w pobliżu progu Wielkiego Śnieżnego Kotła. Takie usytuowanie powoduje, że wieczorami ma się wrażenie, iż jest niemal zawieszona w przestrzeni, gdzieś między rozjarzoną światłami Szklarską Porębą a Drogą Mleczną. Nadszedł w końcu czas, kiedy znalazłem się w grupie młodych adeptów wspinaczki zimowej.

Do chatki dotarliśmy bez większych przygód. Po całonocnej podróży pociągiem (mieszkałem wówczas w Poznaniu), czekała nas przesiadka na autobus, potem zasypany śniegiem przystanek w Jagniątkowie, monotonne podejście pod Paciorki, wiatrołom i wreszcie trawers u podnóża karkonoskiego grzbietu. Koło południa byliśmy na miejscu. Chatka, mimo skromnych gabarytów, miała kominek, kuchenkę, stół i kilka wygodnych miejsc do spania. Była też księga pamiątkowa z wpisami egzaltowanych panienek w rodzaju: Jak tu pięknie! Kocham to miejsce i chciałabym zostać tu na zawsze!, lub bardziej dojrzałych refleksji o przemijaniu czasu, ulotności chwil pięknych, drogowskazach życia i samotności w górach. Pisanych bez wątpienia po to, by wzbudzić jeszcze większy zachwyt w egzaltowanych panienkach. Przez weekend wspinaliśmy się po żlebach i robiliśmy nieśmiałe podchody pod kilkumetrowe lodospady. W jednym ze żlebów, chyba w Rynnie Skrzatów, stojąc na przednich zębach raków i kurczowo trzymając się czekana, głośno zachwyciłem się ekspozycją. Szliśmy bez asekuracji, byliśmy już niedaleko górnego wylotu żlebu, a powietrze pod nogami robiło na mnie wrażenie. Efekt był tym większy, że pode mną wspinały się jeszcze dwie- trzy osoby, widziane z góry w dużym skrócie.

– Ale fajne byłoby stąd zdjęcie – powiedziałem do Marcina, instruktora, który z nami się wspinał. Chciałem w ten sposób podkreślić, że w ogóle nie jestem przejęty sytuacją.

- To zrób – powiedział spokojnie Marcin. Niemile mnie tym zaskoczył, ponieważ pozycja była niewygodna, a ja nie miałem ochoty puszczać czekana. Teraz jednak nie wypadało się wycofać. Zrobiłem zdjęcie. To była dobra nauka. Zrozumiałem, że są rzeczy, które po prostu trzeba zrobić, zamiast o nich gadać.

***

Do chatki jeździłem jeszcze wiele razy. Kotły świetnie nadają się na naukę zimowej wspinaczki, a mikroklimat tego miejsca powoduje, że pod względem warunków wspinaczkowych rejon ten przypomina góry Szkocji - jedno z najatrakcyjniejszych miejsc do zimowej rywalizacji. Wspinali się tu już przed wojną członkowie wrocławskiej i drezdeńskiej sekcji Alpenverein. Prawdopodobnie pokonywali latem łatwiejsze drogi skalne. Ponowne odkrycie tego zakątka dla wspinaczy nastąpiło za sprawą Wojciecha Niedziałka, zakopiańczyka i krakowskiego studenta, znanego później socjologa i ekologa, prawdopodobnie w 1948 roku. Wspinaczkowe wizyty w Śnieżnych Kotłach były w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku incydentalne i bardzo dyskretne. Władze niechętnie widziały kogokolwiek szwendającego się w pobliżu granicy. W 1955 roku piątka taterników, pod wodzą młodego lekarza z Cieplic, Jerzego Kolankowskiego, zorganizowała pierwszą oficjalną wyprawę w ten rejon. Pretekstem było uczczenie robotniczego święta. Pokonali oni między innymi filar, który ze względu na datę przejścia otrzymał nazwę Pierwszomajowy. Wyprawa ta i polityczna odwilż stały się początkiem systematycznej działalności w tym jedynym „tatrzańskim” terenie poza Tatrami. W ciągu kilku następnych lat zdobyto wszystkie wybitne formacje skalne.

Śnieżne Kotły - Ząb Rekina

Ząb Rekina, nabardziej śmiała turnia w Śnieżnych Kotłach

***

W miarę kolejnych wizyt Chatka Wielkanocna stawała się dla mnie wyjątkowo pożądanym azylem. Gotów byłem zarwać dwie noce w pociągu, aby posiedzieć w chatce choć jeden dzień. A bywało, że z kilkugodzinnej wycieczki od przystanku autobusowego robiła się prawdziwa wyprawa. Chatka stoi w pobliżu szlaku, ale dojście do niej nie jest oznakowane. W głębokim śniegu, zadymce albo w nocy trudno ją odnaleźć. Wśród chatkowych bywalców krążyły barwne opowieści o przymusowych biwakach w lesie lub całonocnych wędrówkach, kończących się niespodziewanie w schronisku pod Łabskim Szczytem, wiele kilometrów dalej. Sam kiedyś miałem podobne problemy. Przyjechaliśmy do Jagniątkowa wieczorem i podchodziliśmy w zupełnych ciemnościach. Oczywiście było dużo śniegu, oczywiście wiał wiatr a księżyc złośliwie gdzieś się schował. Po sześciu godzinach walki wiedzieliśmy, że jesteśmy blisko, ale jakoś nic się nie zgadzało. Poruszanie się w śniegu po pachy, z ciężkim worem, było tak uciążliwe, że postanowiliśmy porzucić plecaki, rozejść się w różne strony i rozpocząć poszukiwania indywidualne. Światełko latarki coraz bardziej żółkło i wyłuskiwało z ciemności coraz mniejszy kawałek przestrzeni. Wyglądało na to, że za dziesięć minut pozostanie mi już tylko metoda Braille’a. Płynąc w śniegu, wchodząc na czworakach na kolejne zaspy, poczułem w pewnym momencie zapach dymu. Idąc jak owczarek alzacki tym tropem, dojrzałem w końcu ciemny kontur chatki, ledwo wystającej ze śniegu. Dowlokłem się do drzwi. Były zamknięte od środka. Umówiliśmy się w chatce ze znajomymi, więc wcale się nie zdziwiłem. Zapukałem. Nic. Żeby nie wyjść na gbura zaznaczyłem swoją obecność głośniej otrzepując buty ze śniegu i uprzejmie chrząkając. Po czym zapukałem jeszcze raz. Cisza. Zastukałem bardziej energicznie. Nadal nic. Przestało mi zależeć na konwenansach. Zacząłem łomotać do drzwi. Chwilę nasłuchiwałem. Nic, kompletna cisza. Zaczynało robić się nieprzyjemnie. Pierwsza w nocy, śnieg, wiatr, przemoczone ubrania, a my będziemy musieli kiblować w lesie. O nie! Zacząłem stukać w okna, walić w drzwi i głośno wyrażać swoją dezaprobatę dla zimowego biwaku. Wtedy w środku coś zaszeleściło. Usłyszałem kroki i po chwili drzwi się uchyliły.

– Ach, to ty Zbychu. – ujrzałem zaspaną twarz Damiana, klubowego kolegi.

– No ja! Dlaczego nie otwieraliście? Nie było mnie słychać?

– Słyszeliśmy, ale dziewczyny się bały...

 

***

Którejś zimy, pod koniec lat osiemdziesiątych, wybraliśmy się z Władkiem Janowskim, znakomitym jeleniogórskim wspinaczem na Eiger, dużą skalną formację w Małym Kotle. Droga, mimo że tylko dwuwyciągowa, nie miała zimowego przejścia i odstraszała trudnościami. Było mroźne popołudnie. Władek, balansując na skyhookach ( metalowe przyrządy przypominające haczyki, które zaczepia się na kilkumilimetrowych skalnych gzymsikach)i delikatnie obciążając wbite na trzy milimetry jedynki – cienkie specjalne haki, pokonywał mozolnie metr za metrem. Po sześciu (!!!) godzinach dotarł do stanowiska. Przez ten czas cały zapał ze mnie uszedł. Byłem sztywny z zimna. Zbliżał się wieczór, drugi wyciąg, choć łatwiejszy, też wymagał dwóch-trzech godzin pracy, a w Wielkanocnej – jak się domyślałem – towarzystwo bawiło się w najlepsze. Doszedłem do Władka i podzieliłem się z nim wizją szybkiego przyłączenia się do zabawy. Nie musiałem go długo namawiać. Zjechaliśmy z postanowieniem, że wrócimy następnego dnia. Ale następnego dnia popsuła się pogoda.

Śnieżna Kotły -Eiger w centralnej części zdjecia, na prawo żleb i filar Pierwszomajowy

"Eiger" w środku zdjęcia, po prawej Żleb Kryształowy i Filar Pierwszomajowy.

Chatka Wielkanocna (2)

Włado Janowski w Tatrach

Kilka lat później, podczas podejścia Żlebem Kryształowym, zaskoczyło mnie wielkie i świeże rumowisko u jego wylotu. Żleb sąsiadował z Eigerem. Dostrzegłem wtedy, że urwała się cała ściana, którą kiedyś próbowaliśmy pokonać. W białej szadzi pokrywającej skalne ściany widniała czarna plama wielkiego obrywu. Nasza droga przestała istnieć. Stałem pod żlebem i było mi żal. Wraz ze zniknięciem drogi, wszelkie wspomnienia o niej stały się nieuprawnione. Nie ma drogi, więc opowieść nie ma realnego odniesienia. Po prostu nie ma o czym gadać. Nie będzie dalszego ciągu, kolejnych przejść, zapisów w opracowaniach, sporów o styl przejścia. Rozprawianie o drodze, której nie ma, jest przecież bez sensu. Tak myślałem wtedy, ale teraz, kiedy piszę te słowa, przypomniałem sobie niebanalną myśl Staszka Handla, najlepszego wspinacza polskich piaskowców. Powiedział on kiedyś, że nasze najtrudniejsze drogi to te, których nikt nie może znaleźć. I to one są najwdzięczniejszym tematem barwnych opowieści.

 

Zdjęcie Zębu Rekina pochodzi ze strony  zjawiskowekarkonosze.blogspot.com

 

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList