- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Trzynastego

Mało oryginalnie dołączę dziś do chóru osób wspominających, jak to było pamiętnego dnia. Grudzień, to był czas drugiej fali strajków na polskich uczelniach. Od początku byłem na swoim wydziale na tzw. „Szamarzewie” czyli Wydziale Nauk Społecznych UAM w Poznaniu – nazwa pochodziła od ulicy Szamarzewskiego, przy której znajdował się kompleks budynków. Dwunasty grudnia był ostatnim dniem strajku. Siedzieliśmy już w budynkach kolejny tydzień. Nie twierdzę, że było nudno. Akcje ulotowe zawsze kończyły się z spotkaniem z tajniakami, którzy skrupulatnie nas legitymowali. Było także redagowanie strajkowych gazetek, jakieś aranżowane ad hoc koncerty, wykłady opozycyjnych intelektualistów (Leszek Nowak, Stanisław Barańczak), życie towarzyskie itp. Te wszystkie wydarzenia sprawiały, że martyrologii w tym za wiele nie było. Pracowało się głównie w nocy, kiedy dostawaliśmy z drukarni informacje, co też „Gazeta Poznańska” – ówczesny tzw. organ Komitetu Wojewódzkiego PZPR – pisze o studentach. A pisał organ nieprzychylnie, zarzucając na przykład, że studenci mają brudne nogi i że te brudne nogi trzymają na stole wzorując się na amerykańskich obyczajach. Trzeba było napisać komentarz i wydrukować na ramce z woskówką odpowiedź a następnie roznieść po kioskach w tym samym czasie, kiedy dostarczana była gazeta. Bardziej niż o studenckie postulaty, chodziło o poparcie dla tego wszystkiego, co się wówczas działo i wywarcie presji na ówczesne władze. Problem w tym, że władze nie bardzo się tym strajkiem na uczelniach przejmowały. Mogliśmy tak siedzieć jeszcze długo. Ówczesny młody, zaczesany na bok działacz Komitetu Centralnego PZPR do spraw młodzieży, czyli Leszek Miller, nie miał zamiaru podjąć rozmów, a przedtem długo blokował legalizację Niezależnego Zrzeszenia Studentów (rejestracja udała się dopiero podczas pierwszej fali strajków w lutym 1981 r.). Dalsze siedzenie w salach wykładowych przestawało mieć sens.

W tej sytuacji na uczelni odbyło się referendum. Nie pamiętam dokładnie kiedy zostało przeprowadzone. Dotyczyło zawieszenia strajku i przejścia do innych, bardziej konstruktywnych form wyrywania się spod wpływu opresyjnego państwa. Powstał wówczas pomysł, aby przekształcić poznański uniwersytet w uczelnię finansowaną spoza budżetu państwa i w ten sposób uniezależnić się od kaprysów partyjnych władców. Konkretnie finansować uczelnię miała Polonia. To były czasy, kiedy wszystkim wydawało się, że Polacy, którzy mieszkają zagranicą, są ludźmi majętnymi i zjednoczonymi w patriotycznej misji pomocy Ojczyźnie. Większość strajkujących była „za” i od rana w sobotę zaczęło się likwidowanie całej strajkowej infrastruktury. Ostatnim etapem było przeniesienie z tymczasowego pomieszczenia biblioteki NZS z wydawnictwami wówczas zakazanymi. Problem był w tym, że nie bardzo było gdzie ją przenieść. Poza tym czuło się w powietrzu, że może „coś się stać” i niewielki księgozbiór na wszelki wypadek należało zabezpieczyć. W końcu ktoś wpadł na najprostszy sposób, aby zgromadzone wydawnictwa przekazać uczestnikom strajku mieszkającym w okolicy na przechowanie. Pracy było dość sporo i skończyliśmy bardzo późno. Wracałem do domu krótko przed północą. Z plecakiem pełnym książek i strajkowych wydawnictw (m.in. efemeryczne pisemko „Biuletyn Informacyjny Studentów Trzymających Brudne Nogi na Stole”) przejechałem tramwajem z Ogrodów na Górczyn, a stamtąd podmiejskim autobusem do Lubonia. Nic się nie działo. W domu rozpakowałem bagaż, zjadłem kolację, porządnie się wykąpałem. Przez te kilka tygodni mycia się w umywalce, to była prawdziwa przyjemność, którą celebrowałem długo i nieśpiesznie. Poszedłem spać koło drugiej w nocy.

Byłem bardzo niezadowolony, kiedy koło ósmej rano obudziło mnie wołanie mojej mamy — „Wstawaj! W radiu mówią, że jest wojna!” — A potem przemówił generał i tak w kółko przemawiał przez cały dzień. Razem z ojcem zająłem się pakowaniem w folię teczki z ulotkami i przywiezionych książek. Ukryliśmy je w gruzach zalegającymi po niedawnej budowie domu pod zewnętrznymi schodami. Po wielu przeprowadzkach wszystkie materiały gdzieś poginęły. Do dziś została mi tylko odbita na jakimś archaicznym ksero jedna książka – „Archipelag Gułag” Aleksandra Sołżenicyna z pieczątką biblioteki NZS. Przez następne lata nie było jej gdzie oddać. Nie było tej biblioteki.

A tak w ogóle to czuję się bardzo niekomfortowo. Mnie też nie zamknęli, a to znaczy, że stoję tam gdzie Kaczyński.

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList