- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Dziennik Stasiuka

75Zdarzało się wam trafić na książki tak smaczne, tak sugestywne i tak znakomicie napisane, że z przyjemnością czytaliście po kilka razy to samo zdanie, ten sam akapit? Książki, z których najchętniej przepisałoby się niektóre fragmenty, aby mieć je przy sobie? Nie mówię o wielkich dziełach, kanonie europejskiej kultury, które są piękne, bo tak nam powiedzieli nauczyciele i profesorowie. Mam na myśli, te które przy czytaniu sprawiały wrażenie olśnienia: „No tak! To właśnie jest tak, tylko nie tego nie zauważyłem, nie umiałem nazwać!”. Miałem kilka takich przygód z książkami. „Jesień w Pekinie” Borisa Viana, „Konopielka” Edwarda Redlińskiego, „Kuszenie Czesława Pałka” Janusza Głowackiego, „Wielki las” Zbigniewa Nienackiego, „Podróż ludzi księgi” Olgi Tokarczuk i kilka innych. To bardzo subiektywny dobór, ale chętnie się z niego wytłumaczę. Ostatnio miałem szczęście, bo trafiłem na dwie kolejne: „Trociny”  Krzysztofa Vargi i „Dziennik pisany później” Andrzeja Stasiuka. image_gallerySzczególnie „Dziennik…” mnie rozsmakował. Dam więc sobie upust i przepiszę kilka tych fragmentów, których pewnie do końca życia będę zazdrościł Stasiukowi, bo sam bym tak nie potrafił. Ale chętnie się nimi podzielę.  Stasiuk pisze o tej gorszej Europie, wyautowanej, traktowanej protekcjonalnie, czasem pogardzanej. Pisze o Bałkanach, Rumunii, Naddniestrzu i wszelkich peryferiach. Pisze także o prowincjonalnej Polsce.

O naszej tęsknocie do narodowego heroizmu – Mój kraj przywykły do łomotu, do dziejowego wpierdolu, do krwiodawstwa, jak kania dżdżu wygląda masakry. A niech nas, kurwa, zabiją, żeby zapamiętali! Jak już niczego nie potrafimy to się rzucimy pod pociąg dziejów, żeby choć na moment stanął, aż nasze krwawe ścierwo wydostaną i dopiero ruszą.”

O galeriach handlowych – Każda pipidówa ma już swoją galerię z posrebrzanej blaszki i przydymionego szkiełka. (…) Wszędzie wali chińskim klejem, (…) a z głośników leje się muzyczna flegma. I prawie każde gówno ma napis. Nogi uchodzisz zanim znajdziesz coś bez napisu. Więc biorą te rzeczy, oglądają, przytulają się do nich przy ludziach albo w przymierzalniach i potem wyglądają jak białe ostemplowane mięso. Nie wiadomo czy to jest w ogóle w jakimś języku (…) Ze sraczy ciągnie konwaliowym cuchem. Za ladami stoją malowane lale. (…) Przy fontannach siedzą młodsze  i wygrzewają brzuchy w blasku migających lampek. Przeciągają się wśród smug smażeniny. Ojczyzna pachnie kebabem i wymytym kiblem. Jeżdżę po niej.”

O poranku w Zgorzelcu – Wstałem rano i poszedłem w stronę mostu. Miasto łagodnie opadało do rzeki. Wszędzie były kantory i szyldy, że tanie papierosy. Faceci już stali po dwóch, po trzech. Dzielnica miała zapach starego tynku i butwiejących drewnianych schodów. (…) Stali, palili i patrzyli jak zaczyna się dzień. Zmęczeni odwiecznym oczekiwaniem. (…) Patrzyłem na tych po dwóch, po trzech. Mieli wymrzeć jak skazany na zagładę gatunek. Ich wyzywająca obecność, ich kontemplacyjny styl życia, ich upodobanie do obserwowania, jak świat się pogrąża, zapada nieustannie w nieistnienie, to był cierń w oku przyszłości, która nadciągała(…).

O bazylice w Licheniu – Jakoś tak od tyłu zajechałem i zobaczyłem go na tle jeziora, czyli najpierw błękit wód, potem zieleń  trzcin i lasu i na końcu cała ta złocistość powstająca z ziemi niczym fatamorgana. Tak. Złocisty obłok. Prezent z kosmosu.

O młodzieży – I te chłopsko-podmiejskie syny, karmione nareszcie do syta sterydami i smalcem, palą swe czarne niemieckie fury i grzeją w nicość, by zdążyć przed wszystkimi. Dlatego im zjeżdżam.

O dawnych wiejskich zabawach – Stare kobiety siedziały pod ścianami jak czarne ptaki i pilnowały obrzędu. Pary wymykały się  w ciemność na ciepłą ziemię. Światła motorów w mroku. Startowali z otwartą do oporu przepustnicą, żeby zginąć na zakręcie albo wieś dalej. Matki i ojcowie przeklinali motory. Ale tak musiało być, bo młodzi zawsze mają we krwi jakąś chemię pomieszaną z poczuciem nieśmiertelności.

O nowych miejskich zabawach – Tysiące jadły, piły, siedziały i się przechadzały. Muzyka odbijała się od nieba. (…) Co rusz natykałem się na obsiadły towarzystwem kabriolet. Zwisały z niego nogi. Mój kraj próbował zetrzeć piętno upokorzenia. Naród porzucał hańbę czasów, gdy nie mógł być jak inne narody(…) Ojczyzna dyszała pizzą, kebabem, czosnkiem na oliwie, testosteronem, katalizowaną spaliną i afterszejwem.

O współczesnej wsi – Domy i domki, zagródki, ogródki. Jakieś miniatury Wersalu. Wystrzyżone, ufryzowane, przycięte, austriackie jakieś. (…) To tu, to tam papież z gipsu, raz Piłsudski, ale najwięcej orłów i lwów.. Jakieś tuje, ligustry, rododendrony. I nigdzie żadnych zwierząt. Odeszły do farm, do fabryk mięsa. (…) Wieś jak wąż zmieniała skórę. Robiła się ładna i martwa. Trochę właśnie jak Austria, trochę jak wysprzątany cmentarz. Ani śladu gówna.

O polskich turystach – Wszyscy szli oglądać pałac albo wracali z oglądania. Mężczyźni w szortach za kolana i w plastikowych klapkach. Z kamerami. Z aparatami. Jak na plaży. Lato. Na ogół brzuchaci. Pomyślałem, że te klapki już dawno powinny być na polskiej fladze.

Czytajcie Stasiuka!

PS. Jednym z osobnych rozdziałów książki są czarno-białe zdjęcia Dariusza Pawelca.  Świetne portrety.

 

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList