- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Siekierezada świąteczna

Z siekierą, to byłem ja. Jurek miał niewielką poręczną piłę spalinową, której używał do prac wysokościowych. Dostaliśmy od leśniczego rejon w dość odległych zakątku Gór Bialskich i na dodatek na bardzo stromym zboczu. Choinki, które mieliśmy wyciąć były ładne, regularne i cieszyły oko, ale robota była sakramencka. Trzeci tydzień grudnia, śniegu, zwłaszcza w lesie, dosłownie po pachy, rześki mróz i my w przemoczonych ubraniach szarpiący się z tymi pięknymi choinkami. Najpierw trzeba było popłynąć w śniegu pod górę, potem wielkimi susami holować drzewko w dół zbocza, zwalając się co parę kroków na twarz, bo pod śniegiem były jakieś wykroty, gałęzie, korzenie i wszystko co może przeszkadzać. W ten sposób lądowało się z choinką przy potoku, który nie zawsze udawało się pokonać suchą nogą. Teraz wystarczyło załadować łup do busa lub na przyczepkę i znów wybrać się w górę zbocza. I tak jakieś dwieście razy, bo na tyle mieliśmy zgodę.

Wieczorem w leśniczówce otrzymywaliśmy asygnatę i nie było już przeszkód, aby zrobić interes życia, czyli sprzedać choinki we Wrocławiu. Branża funkcjonowała według cyklu dwuletniego. Bywał rok, kiedy z różnych powodów brakowało świątecznych choinek i szła w świat informacja, o wielkich możliwościach zbytu tego towaru za dobrą cenę. W następnym sezonie następował z tego powodu najazd leśnych ludków, którzy drepcząc i popierdując z zimna stali na każdym rogu z hałdami choinek, a w ostatni dzień porzucali setki drzewek lub usiłowali je poupychać w jakieś dziury lub zakamarki. Oczywiście w kolejnym roku nie było chętnych do tego biznesu i w mieście znów brakowało choinek.

Cykl był bardzo regularny. Staliśmy z Jurkiem pod jednym supermarketów przez dwa kolejne lata, więc mieliśmy pełny przegląd sytuacji. Raz było lepiej, raz gorzej, ale zawsze najweselszy był dzień ostatni czyli wigilijne przedpołudnie. Wtedy najczęstszymi klientami byli lekko wstawieni panowie, wracający ze skromnego świątecznego poczęstunku w gronie najbliższych… kolegów. Zazwyczaj nasze choinki po paru dniach leżenia na mrozie i tarmoszenie przez klientów też już wyglądały nieświeżo. Niektóre, te z samego spodu przyczepki, były płaskie i przypominały szkielet odfiletowanej ryby, co zresztą od biedy nawiązywało jakoś do świątecznego nastroju. Panowie zazwyczaj nie przejmowali się tym, że towar wyglądał na przeterminowany. Bardziej irytowała ich perspektywa rozmów typu „dlaczego tak późno!?”, „jak ty wyglądasz!?”, „nie mogłeś się bardziej postarać!?”, „co ty sobie w ogóle myślisz!?” itd. Widziałem, że nieśli te płaskie, jak deska do prasowania drzewka bez szczególnego entuzjazmu.

Inną kategorią klientów były kłótliwe małżeństwa. Zawsze było tak, że żona stała lekko naburmuszona i próbowała opanować nadpobudliwe dziecko, a mąż otrzymywał zadanie stylu „no idź coś wybierz!”. Mężczyzna kręcił się chwilę trochę zagubiony, aż w końcu wyciągał jedno drzewko, przyglądał się wnikliwie i pytał „może być?” Zawsze wówczas następowała odpowiedź „No co ty! Zwariowałeś? Takie krzywe? I igieł nie ma w ogóle”. „Nie jest takie złe… ” – pan domu próbował ratować swój wybór, ale raczej dla zasady niż z przekonania. „Ja tego do domu nie chcę! Nawet porządnego drzewka nie umiesz wybrać!” – jędzowato komentowała małżonka, „ to sama sobie kurwa wybierz!!!” tracił cierpliwość tatuś. „ Nie wyrażaj się przy dziecku!” – pieniła się mamusia. Po dziesięciu minutach, z kupioną choinką oddalali się w celu wykonania kolejnych wspólnych zakupów, które pozwolą spędzić im ten piękny świąteczny wieczór w rodzinnej atmosferze.

Życzę zgrabnego drzewka, niepsujących się lampek choinkowych, trafionych prezentów od Mikołaja i tego, aby w gorączce przedświątecznych przygotowań i zakupów nie zgubić sensu wspólnego spotkania przy wigilijnej kolacji.

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList