- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Samotnia

Pierwszy raz trafiłem tam mając siedem lat. Rok był tysiąc dziewięćset sześćdziesiąty piąty. Całą rodziną wybraliśmy się na pierwsze wakacje. Ojciec załatwił żuka ze swojego zakładu pracy, pożyczył skądś wielki namiot z werandą i trzy gumowe dmuchane materace. Do tego zabraliśmy kołdry i parę garnków. Z całym tym majdanem, wieczorem tego samego dnia, jeździliśmy po Karpaczu, wypatrując jakiegoś pola namiotowego. Było takie przy basenie. Z tego wyjazdu pamiętam zadziwiająco dużo. Z dziecięcą ciupagą, której domagałem się od samego początku, „wspinałem się” po okolicznych skalnych rumowiskach i zdobywałem karkonoskie szczyty. Samotni ogromne wrażenie zrobiły na mnie dziesiątki połamanych nart wiszących w sali jadalnej (teraz jest ich o wiele mniej). Pamiętam jazdę wyciągiem krzesełkowym i wyprawę na Śnieżkę. Szczyt zaskoczył mnie wielką ilością ponurych i zamkniętych ruder. Najbardziej zadziwiającym obiektem było drewniane obserwatorium meteorologiczne przytwierdzone do skały stalowymi linami. Od nielicznych turystów dowiedzieliśmy się, że będzie tu budowane schronisko, które przyćmi wszystko, co do tej pory wzniesiono w górach – będą to mianowicie kosmiczne latające talerze.

Drugi pobyt, który mocno zapadł mi w pamięć, to wyprawa z moimi małymi wówczas dziećmi: Zuzą (3,5 roku) i Zbyszkiem (6 lat). Szliśmy normalną drogą od Wangu późnym wieczorem. W księżycowej poświacie ledwo było widać drogę. W pewnym momencie, po minięciu zakrętu na Polanie stanęliśmy przed czarną ścianą lasu.

- Tatusiu, czy tam są wilki? – spytała Zuza. Zbyszek starał się nie okazywać strachu, ale oboje kurczowo ściskali moje dłonie. Światła schroniska były jak długo wyczekiwana bezpieczna oaza.

Kolejna przygoda wiąże się  Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy, którą przez wiele lat współprowadziłem przez kilka lat w znakomitym towarzystwie Piotra Pustelnika  i Tomka Banasiewicza. W Samotni organizowałem kilka edycji Przeglądu Filmów Górskich, siadałem do wigilijnego stołu,  poznawałem ludzi, których już nie ma. Do Samotni zbiegałem ze Śnieżki podczas Lawiny i wracałem zmarznięty z całodziennych wspinaczek na okolicznych lodospadach. W drodze do tego schroniska oświadczyłem po raz pierwszy swoim przyjaciołom, że Natalia będzie moją żoną, w sali z wiszącymi fragmentami nart urządziłem weselne przyjęcie po ślubie, który odbył  się o zachodzie słońca na szczycie Śnieżki.

Będę tam w najbliższy weekend. Przyjeżdżam do Samotni  z Natalią i Olą w każdą rocznicę  ślubu, aby spotkać się z przyjaciółmi. Jeśli są osoby, które mają podobny sentyment do tego schroniska, to serdecznie zapraszam. Nawet jeśli się nie znamy to wystarczy, że to samo czujemy. I to znaczy, że pewnie powinniśmy się poznać.

Więcej o historii tego szczególnego miejsca znajdziecie na http://www.samotnia.com.pl/?d=3

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList