- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

O publiczności i do publiczności

Kto robi ten festiwal? Maciek Sokołowski i jego wierna drużyna? Oczywiście. Oni ten festiwal organizują, ale to, co się dzieje na festiwalu zależy od jeszcze jednego organizatora, od was. To wy nadajecie sens festiwalowym wydarzeniom, to wy jesteście autorami niezwykłych wydarzeń, których nie sposób zorganizować. One dzieją się same, tylko dlatego, że trafiają na was, trafiają do publiczności, która rozumie, czuje i wspólnie przeżywa te same emocje.

Wiele lat temu  do Lądka przyjechał Piotr Młotecki, kiedyś organizator i kierownik jedynej polskiej wyprawy, która zdobyła dwa dziewicze wierzchołki ośmiotysięczne (młodszym przypomnę: 1978, Kanczendzonga Południowa i Środkowa). W roku 1998 był już mocno schorowanym człowiekiem. Na scenę wszedł z pomocą widzów, mówił z trudem, miał kłopoty z pamięcią. Dwadzieścia lat wcześniej kierował wielką, historyczną wyprawą, teraz był bezradny wobec swoich dolegliwości. Mimo to zdecydował się na publiczny występ. Był to dowód ogromnego zaufania wobec ludzi, przed którymi stanął. Kiedy wracał na widownię wszyscy wstali i w milczeniu długo bili brawo…

Kilka edycji później miałem przeprowadzić rozmowę z Piotrem Pustelnikiem. Przygotowałem sobie kilka pytań, trochę prowokacyjnych, trochę śmiesznych. Miało być wesoło. Tymczasem Piotr nie silił się na dowcipasy, powiedział jak to jest naprawdę. A naprawdę jest tak, że te sukcesy mają swoją ceną. I trzeba ją zapłacić. Że zdarzają się chwile słabości i trzeba mieć odwagę, aby się do niej przyznać.  A trudno się zdecydować na tak poważne rozmowy prowadzone publicznie. To był przykład  szacunku dla ludzi, przed którymi te bardzo osobiste emocje i doświadczenia ujawnił. A ludzie, którzy tego słuchali, docenili szczerość i uczciwość Piotra.

Cztery lata temu siedziałem na widowni ze ściśniętym gardłem. Kończył się właśnie poruszający pokaz poświęcony Arturowi Hajzerowi, który na kształcie lądeckiego festiwalu także odcisnął swoje piętno. Kiedy pokaz się skończył, wiele osób miało łzy w oczach.  Niektórzy po prostu płakali. Nie wstydzili się. Cała widownia czuła to samo. To nie było miejsce, gdzie takich uczuć i własnych emocji należało się wstydzić. W tym momencie wszyscy byliśmy u siebie, wśród bliskich i przyjaciół.

A pamiętacie moi drodzy jak wspólnie, na tysiąc głosów śpiewaliśmy Wojtkowi Kurtyce „Sto lat”, choć jak się później okazało, z tymi urodzinami to wcale nie jest tak, jak podają encyklopedie? A pamiętacie, jak Alex Txicon, zachwycony atmosferą wspólnej zabawy, zmienił się z wielkiego alpinisty w zwariowanego didżeja w kasku motocyklowym?

Kiedyś powiedziałem przed kamerą jednej z telewizji, że przed rozpoczęciem każdej kolejnej edycji przyrzekałem sobie, że robię to po raz ostatni. Za dużo nerwów, zarwanych nocy, załatwiania spraw nie do załatwienia…  Ale w dniu, kiedy w Lądku zaczynali się pojawiać ludzie z plecakami, kiedy holl kinowy wypełniał się i czuło się dobre wibracje, wiedziałem, że tego przyrzeczenia nie dotrzymam. Na pierwsze edycje festiwalu, zwanego wówczas przeglądem, przyjeżdżało kilkaset osób. Ta edycja jest wyjątkowa, uczestniczy w niej niemal trzy tysiące ludzi. I bardzo się cieszę, że choć festiwal zmienił skalę, to jedno pozostaje bez zmian. Życzliwi, otwarci, wrażliwi, pogodni i mądrzy ludzie żyjący wspólną pasją. Którzy rozumieją się i chcą być razem, choć są tak różni. W dzisiejszych czasach jesteśmy chyba dziwakami…

Dziękuję, że przyjeżdżacie!

PS. Nawet nie myślałem, że było dziesięć (!!!) lat temu.

 

 

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList