- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Dziesięć pamirskich cudów

Cała eskapada od początku miała przyjemny posmak ekstrawagancji i improwizacji. Z poznanym zimą w Tatrach sympatycznym, brodatym Czechem o imieniu Pepo niezobowiązująco umówiliśmy się na wyjazd w Pamir. Jakoś nie bardzo wierzyłem, że to się uda, jednak miesiąc przed planowanym wyjazdem Pepo nas zaskoczył. Bilety na lot Praga-Moskwa zostały zarezerwowane i czekały w Pradze na wykupienie. Trzeba było zacząć od przemytu dolarów, co było poważnym przedsięwzięciem. Granice przyjaźni były bowiem szczelne, aby przypadkiem za dużo przyjaźni przez nią się przedostało. Zgodnie z nazwą, na granicy przyjaźni, przyjaźń miała się kończyć.

Oficjalnie jechaliśmy na zaproszenie dyrekcji jakiegoś zakładu przetwórstwa rybnego w celu wymiany doświadczeń. Ale ten papier mięliśmy pokazywać dopiero w Związku Radzieckim - państwie, które na naszych oczach właśnie się rozsypywało. Do Czech natomiast wjeżdżaliśmy na zaproszenie jakiejś "telovychovnej jednoty" czyli klubu sportowego, który też pilnie potrzebował wymiany doświadczeń. Kiedy w końcu sierpnia znaleźliśmy się z całym bagażem na kolejowym przejściu granicznym w Międzylesiu, nasze zaproszenie od razu wzbudziło podejrzenia. Cały tekst i nasze nazwiska musieliśmy dopisać w Polsce. Optymistycznie zakładaliśmy, że Czesi nie połapią się, że w czcionce brak czeskich znaków. Okazało się, że na dodatek nie mieliśmy książeczek walutowych, dokumentów absolutnie niezbędnych, aby wyjechać z kraju. Był to ten szczególny rok, kiedy u nas raczkował kapitalizm, a w sąsiednich krajach dogorywał socjalizm.

Nie wiem dlaczego zlitowano się nad nami i nie wyrzucono nas z pociągu. W ten sposób rozpoczęło się pasmo niezrozumiałych dla mnie, szczęśliwych zbiegów okoliczności. Cudów po prostu.

Cud drugi

W Moskwie zamieszkaliśmy u Wowy, w dużym mieszkaniu jego ojca, ważnego urzędnika, który jeździł w delegacje po całym kraju i kontrolował zakłady rybne. Teraz zrozumiałem dlaczego oficjalnie jechaliśmy zapoznać się z najnowszymi osiągnięciami w technologii przetwórstwa ryb na Dalekim Wschodzie.

Moskwa sprawiała wrażenie przygnębiające. Smutne szare ulice, ponure blokowiska, puste sklepy, zmęczeni ludzie w kolejkach po cokolwiek i babuszki handlujące małymi jabłkami. Będąc gośćmi bardzo chcieliśmy jakoś podziękować za gościnę i sprawić naszym gospodarzom upominek. Nic nie mogliśmy kupić, więc w końcu uradziliśmy, że zrewanżujemy się kilkoma kiełbasami i kilogramem cukru. Okazało się, że trafiliśmy dokładnie w najbardziej deficytowe towary. Wieczór wzajemnych ukłonów trwał jednak nadal. Ojciec Wowy przypomniał sobie, że właśnie przywiózł z ostatniej "kamandirowki" czyli delegacji, całą torbę homarów. Znalazł się też gruziński koniak Ararat. Homary były wielkie jak indyki i z trudem mieściły się do garnka. Miałem wrażenie, że cała Moskwa, z tej biedy, musi męczyć się z homarami i koniakiem. A później na niebie rozkwitły kolorowe sztuczne ognie.

— Pewnie jakieś święto — zapytałem.

— Eeee, codziennie tak strzelają — skomentował bez emocji Wowa.

"Titanic" tonął na naszych oczach.

Cud trzeci

Do Duszanbe lecieliśmy okopconym tupolewem. Nigdy później nie udało mi się przelecieć takiego kawału świata za równowartość dwóch dolarów. Ówczesne przeliczniki czarnorynkowe pozwalały kupić za tę kwotę bilety dla "grażdan" czyli obywateli Imperium. Nie wiem jak Wowa te bilety załatwił. Przy odprawie mieliśmy się nie odzywać, a w sytuacji bez wyjścia udawać Litwinów. Lotnisko Domodiedowo zrobiło na nas duże wrażenie. To był już kawałek Azji. Tłum, ścisk i podniesione głosy, egzotyczne stroje, zatkane toalety, stosy bagaży. Tadżycy, Kirgizi, Kazachowie, Gruzini, Mongołowie, Ormianie. Z ruchliwych grup, które szczelnie otaczały kasy odchodzili co jakiś czas ludzie z tym szczególnym piętnem filozoficznej zadumy, kiedy po raz kolejny dowiadują się, że "nada żdat". Po hallu głównym biegał jakiś pies... Nawet kiedy wsiedliśmy do samolotu, dalszy ciąg wyprawy był nadal zagrożony. Na płycie lotniska, przed samolotem stała bowiem grupka ludzi, którzy koniecznie chcieli lecieć bodajże do Mineralnych Wód. Ich samolot miał pojawić się na lotnisku dwa dni temu, ale ugrzązł gdzieś na trasie z powodu braku paliwa. Teraz domagali się, abyśmy wysiedli i poczekali, wszystkiego jeden dzień, a samolot poleci, wróci i będzie do naszej dyspozycji. W końcu oni czekali już trzeci dzień, a my nic. Negocjacje trwały jeszcze jakiś czas i w końcu wystartowaliśmy.

Z Duszanbe pamiętam koszmarne upały. Na ulicach miasta stały beczkowozy z napisem "chlebnyj kwas" i wozy pancerne przypominające o stanie wyjątkowym. Nasz odlot do pamirskiego Dżyrgitalu wcale był oczywisty. Bilety mieliśmy, ale i tym razem odbywały się jakieś, nie do końca dla mnie jasne negocjacje. Do niewielkiego antonowa wtargnęliśmy, bo tak to wyglądało, przez właz bagażowy dowodzeni przez Pepa, który był tu rok wcześniej i miał doświadczenie. Kiedy zajęliśmy wszystkie miejsca, okazało się, że bagaże zajmują całą przestrzeń przejścia między siedzeniami i wypełniają samolocik prawie po sufit. Kilka minut później po bagażach przeczołgał się pilot w eleganckim uniformie, odpalił maszynę i bez jakichkolwiek rozterek uniósł się z nami w powietrze. Po godzinie lotu wylądowaliśmy na małym lotnisku wśród gór. Dotarliśmy do Dżyrgitalu. Nazwa miejscowości w języku Tadżyków oznacza "miejsce, gdzie rosną topole". Z płytą lotniska sąsiadowało kilka niskich budynków i gliniane lepianki. Wśród nich rzeczywiście rosły wyłącznie topole. Nad miasteczkiem majaczył na tle nieba górski łańcuch Piotra I. Od dyskusji z czeskimi celnikami w Międzylesiu mijał dopiero czwarty dzień.

Pozostałe siedem cudów znajdziecie w wydaniu książkowym

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList