- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Do Anny Wendzikowskiej list z Radochowa

Pani Aniu, mieszkam w Radochowie, niewielkiej wsi niedaleko Lądka Zdroju, miasteczka położonego pod czeską granicą. Jednym słowem zadupie. Telewizja to dla nas – jak to ładnie określają ludzie mediów – okno na świat. Dzięki telewizji dowiadujemy się w Radochowie, ważnych rzeczy: jak żyć zdrowo, co słychać w kraju i zagranicą oraz jak być kulturalnym człowiekiem, czyli co jedzą na śniadanie gwiazdy z Hollywood. Więc oglądamy tę telewizję z przeświadczeniem, że pracują tam ludzie mądrzejsi od nas, skoro już w tej telewizji są i dzielą się z nami swoją mądrością. Pisze ten list do Pani z podziękowaniem w imieniu naszej całej lokalnej społeczności, bo dzięki Pani teraz już wiemy, że wcale tak nie jest. Przyznam się, że od dawna to podejrzewałem. Kiedy Filip Chajzer rozmawiał z bywałymi w waszym środowisku blogerkami modowymi obnażając ich bezdenną głupotę i imponującą pewność siebie, byłem przekonany, że to materiał trochę przypadkowy i trochę tendencyjny. Kiedy wszyscy fascynowali się karierą młodej pani z wyłupiastymi oczami, długimi pazurami i różowym konikiem, myślałem, że to wysublimowany żart. Kiedy redaktor Węglarczyk w jednym z programów śniadaniowych usiłował rozmawiać z młodą, wściekle zdolną dziewczyną, która napisała znakomitą książkę („Zielona sukienka” – polecam! Autorką jest Małgosia Szumska z sąsiedniej gminy) i cały uchachany pędzlował sobie wacikami jamę ustną, to myślałem, że miał słabszy dzień. Nie sądziłem, że on rzeczywiście nie rozumie o czym mowa. Teraz wiem, że to było naprawdę, że wy w tej telewizji wcale mądrzejsi nie jesteście. Dzięki Pani nabrałem przekonania, że to wszystko, co oglądamy, to nie jest jakiś artystyczny zabieg, intelektualna prowokacja czy wirtuozeria warsztatu dziennikarskiego. Wy po prostu jesteście głupsi niż myśleliśmy! I za to Pani dziękuję! Dla nas, w Radochowie, to krzepiąca wiadomość.

Przyznam się pani, że odebrałem zupełnie przeciętne wykształcenie. Do średniej szkoły chodziłem w Puszczykowie. To niewielka miejscowość pod Poznaniem, a liceum słynęło z tego, że musiało przyjmować kłopotliwych uczniów z Poznania, których w ten sposób próbowano odizolować od środowiska o złym wpływie. Oczywiście większe nagromadzenie takich uczniów też mogło mieć zły wpływ, ale o tym jakoś nikt nie pomyślał. W tymże liceum było normalną praktyką, że czytaliśmy „Życie Literackie” i „Literaturę” jako zadanie domowe (to takie gazety, które kiedyś wydawano). Normalną praktyką były także regularne wyprawy do poznańskich teatrów. W „Teatrze Nowym” dyrektorowała wówczas Izabela Cywińska (taka reżyserka, to było dawno, mogła Pani nie słyszeć) i byłem wówczas przez kolejnych kilka lat na wszystkich przedstawieniach. W „Teatrze Polskim” z kolei niektóre spektakle organizowano specjalnie dla mniejszej publiczności i po występie zapraszano do kameralnej salki na wspólne rozmowy z reżyserem i aktorami. Działał „Teatr Ósmego Dnia” (mogła pani nie słyszeć, A.P. Kaczmarek tam wtedy pracował, pan od muzyki, Sigourney Weaver na pewno coś wie), a w szkole w ramach normalnych zajęć z języka polskiego, czytywaliśmy różne sztuki, rozmawialiśmy o teatralnych eksperymentach i zastanawialiśmy się co autor chciał przez to powiedzieć. Tymi autorami byli Kantor, Grotowski, Mrożek, Różewicz i jeszcze paru takich. To był kanon, podstawa, aby w ogóle myśleć o przystąpieniu do matury. Rozmawialiśmy również o takich gościach jak Szekspir, Ionesco, Brecht i paru innych. Oni nie byli ani z Puszczykowa, ani z Poznania ani nawet z Polski więc na pewno Pani nie słyszała. Są w Wikipedii. Tak wyuczeni zostaliśmy wysłani w świat, na studia. Tam, na tych studiach, o teatrze już nie było, chyba, że ktoś poszedł do szkoły aktorskiej, ale z mojego grona znajomych nikogo takiego nie pamiętam. Dzięki temu dzisiejszy przeciętny pięćdziesięciolatek, po przeciętnym liceum w przeciętnym miasteczku, nawet jeśli jest dziś inżynierem, zootechnikiem, prawnikiem czy księgowym, wie kim byli ci ludzie... Dysponuje wiedzą zupełnie dziś niepotrzebną. Podejrzewałem to, ale nie miałem pewności. Teraz – dzięki Pani – wiem. Ona naprawdę jest niepotrzebna, ba… nawet przeszkadza. Dziękuję!

Jest Pani dzieckiem szczęścia. Rozmowa z Sigourney Weaver wywindowała Panią na najwyższe szczyty celebryckiej hierarchii. Gdyby Pani wiedziała coś o Grotowskim Jerzym, to sprawa przeszłaby bez echa. Ale dziś wszystko działa odwrotnie. To właśnie pochwalenie się ignorancją, daje kopa do góry, jest przepustką do popularności, na ścianki. Wszyscy piszą, wszyscy mówią, wszyscy fotografują. Zyskała Pani tak zwaną rozpoznawalność na poziomie kandydatki na prezydenta. Na tę kandydatkę pracuje cały sztab ludzi, zaangażowano ogromne fundusze, ów efekt okupiony został wielotygodniowym wysiłkiem. A Pani wystarczyły dwa dni. To będzie czas prawdziwych żniw. Będzie Pani zapraszana do programów „Jak oni jedzą”, „Jak oni kupują” albo „Jak oni się kąpią”. To był majstersztyk! Gratuluję!

Winien jestem jeszcze jedno podziękowanie. Być może dzięki Pani nazwisko Grotowskiego Jerzego przestanie być dla pokolenia „50 minus” zagadką. Być może posypią się zaproszenia dla niego od organizatorów „Tańca z gwiazdami” lub z licznych telewizji śniadaniowych. Niestety nie mam dobrych wiadomości. Nie będzie mógł wystąpić, bo już nie żyje. Zawsze można jednak zrobić jakiś materiał, który dzisiejszej młodzieży przybliży sylwetkę tego ciekawego człowieka: jak się ubierał, jak często korzystał z salonu „Świat Paznokcia”, jakich używał aplikacji na komórkę, czy stosował jakąś nowoczesną dietę, czy czerpał inspiracje z blogów modowych… Bez tej wiedzy nie sposób dziś żyć, więc cieszę się, że przywróciła Pani tego wielkiego Polaka swojemu pokoleniu.

Pani Aniu, kocham Panią.

Zbigniew Piotrowicz

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList