- Zbigniew Piotrowicz - http://zbigniewpiotrowicz.pl -

Artur

beznazwyO Arturze Hajzerze będzie się teraz pisało dużo. O jego błyskotliwym awansie do himalajskiej czołówki mimo młodego wieku, o znakomitych wynikach sportowych, o akcji ratunkowej na Lho La, o sukcesach biznesowych i organizacyjnych, o wizjonerskim programie Polskiego Himalaizmu Zimowego.  W pełni na to sobie zapracował. Był wielki. Za życia stał się legendą, choć o sobie mówił skromnie, że jest z drugiego szeregu, że są lepsi. Był czas, gdy w bardzo znaczący sposób wsparł lądecki Przegląd Filmów Górskich. Podpisywaliśmy różne umowy, jak prawdziwi kontrahenci, ale  dla mnie Artur zawsze był życzliwym, pogodnym człowiekiem, skorym do pomocy, do ekstrawaganckich projektów i ujmująco bezpretensjonalnych żartów. Bez zadęcia, bez żadnej pozy…

Nie pamiętam, która to była edycja katowickiego festiwalu filmów górskich. Artur zaprosił  nieco węższe grono osób do siebie, do mieszkania na imprezkę. Było tam trochę miejsca, gdyż mieszkanie było obszerne i znajdowało się w starej, solidnej kamienicy. W każdym pokoju stał stolik z alkoholami i przekąskami. To były obozy, które uczestnicy mieli zdobywać. Goście ochoczo podjęli wyzwanie. Jedni zatrzymywali się dłużej w bazie, inni szli jak burza, docierając jednym ciągiem od razu do trójki. W bazie wysuniętej, która była największa,  odbywały się tańce. Na podłodze, wykorzystując półmrok, grasował pisarz Wilczkowski. Łapał dziewczyny za łydki. Jako powszechnie szanowany nestor polskiego wspinania, nie czuł się w obowiązku prowadzić działalności sportowej w wyższych obozach. Inni, mniej doświadczeni, po krótkiej, intensywnej akcji górskiej, sposobili się do nieplanowanego biwaku. Artur niestrudzenie zaopatrywał kolejne obozy…

Za tamten wieczór zrewanżowałem się kilka lat później, u siebie w Lądku. Przegląd jak zwykle kończył się w dużej grilowej chacie na peryferiach miasteczka. Wieczorem, dość już późnym, z Arturem i kilkoma innymi osobami siedzieliśmy na tyłach chaty. W środku pulsowała muzyka i bogata w hemoglobinę krew w żylakach sławnych alpinistów. Kawałek dalej, ze stawu z ozdobnymi złotymi karpiami, ochrona właśnie wyciągała Maćka Sokołowskiego. Wszyscy gapiliśmy się w wielkie kilkumetrowe ognisko. Było jakoś tak refleksyjnie, jak to lubią dziewczyny… Aż do momentu, gdy ktoś zaproponował sprawdzenie, czy z tym chodzeniem po ogniu, to jakaś legenda czy może prawda. Propozycja była ewidentną prowokacją i jak to na imprezie, nie można jej było zostawić bez odzewu. Zaraz znalazła się jakaś łopata i ktoś uczynny, kto poświecił kilka minut pracy na usypanie sześciometrowej rozżarzonej ścieżki.

- Idę! – rzuciłem zaczepnie.

- Ja też! – powiedział Artur i błyskawicznie wyskoczył z butów. Wyprzedził mnie. Pierwszy przebiegł po ogniu, potem ja, potem ktoś jeszcze, potem znowu my… Do zabawy dołączyło także kilka osób z chaty. Muzyka grała dalej, wieczór był gwiaździsty, trawa pokryta chłodną rosą, a my –  popisując się jak szczeniaki z przedszkola – po prostu chodziliśmy po ogniu!

W marcu, gdy wszystko wskazywało na to, że na Broad Peaku doszło fatalnego finału, pozwoliłem sobie na kilka słów komentarza i przestrogi przed pochopnymi ocenami: […] Wyprawy himalajskie zawsze wiążą się ze zgodą na skalkulowane ryzyko. Jeśli jest to wyczyn na najwyższym światowym poziomie, margines objęty ryzykiem jest większy. Udział w wyprawie to decyzja świadoma, to kalkulacja własnych możliwości, ambicji, sił, umiejętności. Nie znam osoby, która działając w górach wysokich, podejmowałaby się zadań wykraczających poza skalkulowane, dopuszczalne ryzyko. Ale zdarza się, że kalkulacje zawierają jakiś błąd lub zdarza się zwyczajne, trudne do przewidzenia nieszczęście. […] Dla Artura to był bardzo trudny czas. Z zaskoczeniem odkryłem, że umieścił mój tekst na swojej stronie na Facebooku z krótkim komentarzem: Dzięki.

Artur, ja też dziękuję…

 

Be Sociable, Share!
  • Twitter
  • email
  • StumbleUpon
  • Delicious
  • Google Reader
  • LinkedIn
  • BlinkList